Tragiczny rejs

Około godziny 1535 w poniedziałek 20 lipca oficer dyżurny słupeckiej komendy Policji otrzymał zgłoszenie o wywrotce jachtu na jeziorze Powidzkim. Na pokładzie znajdowało się osiem osób, pięciu dorosłych i dwoje dzieci oraz sternik. Dwie rodziny z okolic Leszna wypoczywające w ośrodku wczasowym w Przybrodzinie wyczarterowały jacht, aby popływać po jeziorze. Uczestnicy rejsu twierdzą, że pływali ponad godzinę, gdy nagle zaczął wiać silny wiatr i wywrócił łódkę do góry dnem. Każdy ratował się jak mógł. Sternik, 70-letni mieszkaniec Witkowa uratował przed utonięciem jednego z mężczyzn, który zaplątał się w linki ożaglowania. Kiedy dowiedział się, że pod pokładem znajdują się jeszcze dwie osoby, zanurkował. Udało mu się wypchnąć na powierzchnię nastoletnie dziecko. Pod pokładem na pomoc wciąż czekała kobieta. Pozostali pasażerowie jachtu pływali w wodzie trzymając się kadłuba. Z wody wyłowili ich przepływający nieopodal żeglarze, mężczyzna pływający na desce windsurfingowej i grupa WOPR z Ochotniczej Straży Pożarnej w Ostrowitem. Niestety, po sterniku jachtu ślad zaginął. Wszczęto poszukiwania, w których uczestniczyli, oprócz policjantów, strażacy z Konina ze specjalistycznej grupy płetwonurkowej. Dopiero następnego dnia po tragedii znaleziono ciało właściciela jachtu. Ustalono, że wszyscy uczestnicy wyprawy byli trzeźwi i mieli założone kapoki. W najbliższym czasie prokuratura wyjaśni, czy sternik mógł zabrać na swój jacht tak dużą liczbę osób i inne okoliczności wypadku.
